25 kg w dół! Jaka jest cena intensywnego odchudzania?

Byłam szczęśliwa, że znalazłam superfajny sposób, który pozwoli mi na to, że ja dzień wcześniej będę mogła na kolację zjeść coś niezdrowego albo jakąś większą ilość jedzenia.

Na początku poszły tabletki, dwie-trzy, później organizm zaczął się przyzwyczajać, więc szło jedno opakowanie, dwa opakowania na raz… Ja miałam taki moment, kiedy jak kładłam się spać, obudziłam się w nocy i ja myślałam, że po prostu ja się rano już nie obudzę. Zdarzyła się też… taka historia… Zaczęłaś się odchudzać, kiedy zobaczyłaś swoje zdjęcia ze ślubu. Co na nich zobaczyłaś? Jedną dużą kulkę ubraną w czarną sukienkę.

Ja w dniu ślubu myślałam, że wyglądam wspaniale, pięknie. Mój mąż też tak mówił. I… I faktycznie jak patrzyłam przed wyjściem, no to, że wszystko super, fajnie, że faktycznie „o, fajna laska ze mnie”. Natomiast kilka dni po ślubie, jak już otrzymałam zdjęcia, to usiadłam z wrażenia.

I powiedziałam, tak na głos: „jak ja mogłam w ogóle tak wyjść?”. Ubrana i tak wyglądając. Zaczęłaś się odchudzać na tyle intensywnie, że zrzuciłaś ponad 20-25 kg. Jaką cenę musiałaś za to zapłacić? Jaką cenę? Z perspektywy czasu uważam, że najwyższą. Moim życiem stało się odchudzanie. Stało się jedzenie. Wszystko inne… poszło po prostu na bok. I tak… Tak się zafiksowałam, że nie dostrzegałam mojego męża obok, nie dostrzegałam znajomych, przyjaciół. To stało się po prostu dla mnie takim nałogiem, ale też bogiem, któremu „oddawałam cześć”. Ja to bardzo lubiłam.

Jestem osobą bardzo ambitną i też perfekcjonistką. Zdarzało się często tak, że jak wracaliśmy z mężem do domu, on kładł się spać, a ja o 24 rozkładałam matę, ubierałam dres i ćwiczyłam, bo za wszelką cenę powiedziałam sobie, że każdego dnia muszę wykonać trening. I nie ważne, czy to będzie 4 rano, bo też się zdarzało, czy to będzie środek nocy… Trening musiał być odhaczony. Czy były dni, kiedy orientowałaś się, że jesteś zbyt szczupła, że przesadzasz? Tak. Były takie momenty, kiedy zaczęłam trenować dwa razy w ciągu dnia.

Rano zazwyczaj wstawałam przed 7 i szłam biegać. Takie 30-minutowe biegi odbywałam. W południe był drugi trening i pamiętam… Niedawno o tym opowiedziałam mężowi, wcześniej mu nie mówiłam, bo nie wiedziałam, jak zareaguje. Ale były momenty, kiedy biegłam i tak się słabo czułam, że myślałam, że po prostu zemdleję. Ale stwierdziłam, że jest tak dużo ludzi na ulicy, że nawet gdyby coś mi się stało, gdybym upadła, to ktoś zadzwoni po pogotowie, wyląduję w szpitalu, tam się mną zajmą.

Także… Nie obchodziło mnie to, że po prostu już serce nie daje rady, że naprawdę nie mam siły i robi mi się czarno przed oczami. Przestałaś miesiączkować. Też. Czy to też nie był jakiś taki sygnał ostrzegawczy? Powiem ci szczerze, że ja się nawet cieszyłam. Cieszyłaś się? Tak. Że nie mam miesiączki, nie mam tego problemu, w ogóle już mogę o nim zapomnieć. Także… To był dla mnie taki plus.

Jeden wielki. Ja wiem, jak to brzmi, ale ja nie myślałam wtedy o swoim zdrowiu. Ja chciałam po prostu osiągnąć swój cel i… brak miesiączki nie był dla mnie jakimś tam wysokim kosztem poniesionym przeze mnie. Dlaczego nie poprzestałaś np. na 10 kg? Dlaczego… odchudzałaś się dalej? Bo, wiesz co, w pewnym momencie… tak moja psychika zadziałała, że stojąc przed lustrem ja mówiłam na głos, że jestem gruba. Mimo że byłam bardzo szczupła, ja nadal widziałam w lustrze osobę grubą, która musi jeszcze schudnąć.

Zresztą jak schudłam pierwsze tam 10-15 kg, no byłam szczupła, wysportowana, gdzieś tam było widać te mięśnie, ale powiedziałam sobie: „no sorry, Marta, ale to słaby efekt, ty wiesz, że jesteś ambitną osobą, ty wiesz, że potrafisz, weź to pokaż dziewczyno”. Ja się zawzięłam i pokazałam. Aż za bardzo. Co mówili bliscy? Czy zwracali ci uwagę, że może jednak przesadzasz? Że jesteś zbyt szczupła? Że wystają ci kości? Nie widzieli tych kości wystających, bo ja ubierałam takie luźniejsze rzeczy. Gdzieś tam swetry, bo było mi też zimno.

Straciłam tkankę tłuszczową i praktycznie jej nie miałam, no to nawet jak było 30 stopni za oknem, to mi było zimno. Ja ignorowałam takie słowa, jak słyszałam: „jesteś już za szczupła”, „po co ty w ogóle jeszcze ćwiczysz?”, „po co ty tak się zdrowo, bardzo zdrowo odżywasz?”. Ja mówiłam wtedy, że robię to dla siebie, że dobrze się czuję. Jak zrobię po prostu trening w ciągu dnia, no to są te hormony szczęścia – endorfiny.

I faktycznie tak się czułaś? Byłaś szczęśliwa czy to było jakieś takie oszukiwanie się? Na początku byłam szczęśliwa. Przez… nie wiem, pierwszy rok, bo w sumie wszystko to trwało trzy lata. Więc taki pierwszy rok był super. Bardzo byłam zadowolona, szczęśliwa i każdy tam kilogram mniej no to bardzo mnie motywował do dalszej pracy, natomiast… gdzieś tam… z czasem… czułam straszną rezygnację. Rozpacz nawet gdzieś tam w środku. I jak miałam wykonać trening, to po prostu chciało mi się płakać.

Ale jednocześnie prowadziłaś fanpage, na którym też zachęcałaś inne dziewczyny i do odchudzania, i do sportu, i do odżywiania we właściwy sposób. To było autentyczne? Tak. To było autentyczne, bo ja nie o wszystkim… Nie do wszystkiego przyznawałam się na swojej stronie. Do czego się nie przyznawałaś? Nie przyznawałam się do tego, że nie mam okresu. Jeżeli ktoś o to pytał, to ja mówiłam: „przepraszam cię bardzo, ale ja nie będę na forum teraz roztrząsać, czy ja mam okres czy nie mam okresu”.

No bo każdy normalny człowiek tego nie robi. Wiele osób gdzieś tam pisało, że jestem szczupła i że fajnie, że motywuję do sportu, ale dając swoje zdjęcie wychudzonej dziewczyny, no nie zachęcam. Tutaj mówię, że sport to zdrowie, a zdjęcie mówiło zupełnie coś innego. Więc ja o pewnych rzeczach po prostu nie mówiłam. Dopiero po czasie… że tak powiem, wzięłam trzy głębokie wdechy i powiedziałam do męża, że nie, nadszedł ten dzień, kiedy ja muszę napisać, jak jest naprawdę. Że słuchajcie, mam problem.

I co wtedy napisałaś? Napisałam, że… miałam anoreksję. Te początki anoreksji, która później przeobraziła się w bulimię. Ja na pewnym etapie przestałam już publikować na swojej stronie. Zniknęłaś? Zniknęłam, tak. Bo byłam w tak kiepskim stanie też i fizycznym, i psychicznym, że po prostu stwierdziłam, że to nie jest dobry czas, żeby w ogóle o czymkolwiek tam pisać. Też by było to, myślę, taką hipokryzją czy kłamstwem, że tutaj mówię, że u mnie jest super, że ćwiczę, zachęcam ciebie, żebyś też to zrobiła. Odchudzałaś się trzy lata.

I nagle pojawił się dzień, w którym sięgnęłaś po batonik. A kilka dni później zjadłaś połowę pizzy, osiem gałek lodów i pięć batonów. Co się stało? Co się stało? Coś we mnie pękło. Coś we mnie pękło, ale też… chciałam sprawdzić, czy od zjedzenia batonika świat się zawali czy nie. I zawalił się czy nie? Nie. Wstałam rano, nawet nie zobaczyłam po swojej sylwetce, że dzień wcześniej zjadłam jakiegoś tam niezdrowego batona. Czułam się dobrze i pomyślałam: „kurczę, ja chyba mogę jeść jednak takie rzeczy”. I zaczęłam jeść. W dużych ilościach.

Wyglądało to nawet w ten sposób, że pracując w restauracji, zaczęłaś dojadać po gościach restauracji. Tak. Jadłaś non stop. Tak. Jak ja przychodziłam do pracy, to zaczynałam dzień od półkilogramowego ciasta, robiłam sobie kawę… Także doładowałam się cukrem. Humor był znacznie lepszy. I później przez 8-10 godzin, kiedy miałam możliwość, to coś tam jadłam. Zresztą przed pracą… Mieszkam na przeciwko sklepu spożywczego i stałam się jego stałą klientką. Wchodziłam do sklepu każdego dnia, po prostu zabierałam z półek, nawet nie patrzyłam co, nawet nie patrzyłam na cenę.

Po prostu napełniałam koszyk, do kasy, szłam z jedną wielką torbą napakowaną słodyczami do pracy, wszystko kładłam na półkę i kiedy miałam po prostu jakąś wolną chwilę, no to tu batonik, tu czekolada, a jeszcze, jak widziałam, że klient zostawił jakieś jedzenie, które nie było ruszone, bo zamówił dużo i już nie mógł tego zjeść, no to brałam to na zmywak i po prostu jadłam. A później? Wymiotowałaś? Nie. Nie potrafiłam wymiotować, ale znalazłam sobie taki sprytny sposób, że będę kupować leki przeczyszczające i w ten sposób pozbędę się jedzenia ze swojego organizmu.

I oczywiście tak zrobiłam. Na początku poszły tabletki, dwie-trzy, później organizm zaczął się przyzwyczajać, więc szło jedno opakowanie, dwa opakowania na raz… Na raz? Tak. Później się przerzuciłam na herbatki ziołowe.

Potrafiłam w jednym kubku zaparzyć takich 13 saszetek, żeby mieć ten napar taki bardzo mocny. Żeby działało? Tak. Nie bałaś się o siebie? Że coś Ci się stanie? Nie. Wiesz, że ja… Ja wiem, jak to zabrzmi, ale ja byłam szczęśliwa, że znalazłam superfajny sposób, który pozwoli mi na to, że ja dzień wcześniej będę mogła na kolację zjeść coś niezdrowego albo jakąś większą ilość jedzenia. Kiedy szłam np. do restauracji nie miałam wyrzutów sumienia, że zamawiałam duże ilości jedzenia, bo wiedziałam, że wrócę do domu, wypiję herbatkę, połknę tabletki.

Czytaj także: Moja historia, jak przytyłam i jak udało mi się zrzucić wagę z Choco Lite

Na drugi dzień będzie po sprawie. W zeszłe święta… podjęłaś decyzję, że to koniec, kończysz z tym, zaczynasz jeść normalnie. Jak się skończyło? Przez pewien czas było OK. Później wszystko wróciło. Zaczynałam wiele razy. Ja miałam takie… Stawiałam sobie cele. Na przykład: wyjdę na prostą do swoich urodzin. Nie udało się, więc później znalazłam okazję – moje imieniny. Żeby jakoś fajnie wyglądać na te imieniny, bo pewnie mąż mnie zabierze na kolację, no to to była dla mnie motywacja. Nie udało się.

Później była rocznica ślubu. Też się nie udało. W końcu przyszedł taki dzień… 8 maja. Zobaczyłam w kalendarzu, że to jest Dzień Zwycięstwa. I wtedy sobie powiedziałam: „słuchaj Marta, to będzie twój pierwszy dzień, kiedy zwyciężysz, kiedy normalnie zjesz śniadanie, obiad, kolację, pójdziesz spać i nie będziesz myśleć o jedzeniu, nie objesz się, nie weźmiesz tabletek na przeczyszczenie”.

I faktycznie tak było. Ten pierwszy dzień zawsze był dla mnie takim najgorszym dniem. I kiedy… ja tego 8 maja wieczorem kładłam się spać, powiedziałam do mojego męża: „słuchaj, udało się”. „Udało się!”. „I myślę, że następny dzień też taki będzie”. I faktycznie tak to się zaczęło. Że wróciłam do takiego normalnego jedzenia i wróciłam też do treningów, bo na czas bulimii ja przestałam ćwiczyć. Czego o życiu, o podejściu do jedzenia nauczyło cię to wszystko? Czego się nauczyłaś? Żeby nie utożsamiać swojego szczęścia z rozmiarem.

Ja miałam tak, że myślałam, że jak schudnę do tego rozmiaru 36, 34, to wtedy zacznę żyć. To wtedy znajdę superpracę, będę po prostu szczęśliwa, zacznę spełniać swoje marzenia, wokół mnie będzie bardzo dużo ludzi. Że ja po prostu będę szczęśliwa. W końcu zacznę żyć. Ale do tego czasu ja sobie tam gdzieś poczekam w poczekalni.

To była bzdura. Ja schudłam do tego rozmiaru 34 i był taki dzień, że ja zapytałam: „no i co? zmieniło się twoje życie?” Nie zmieniło się. Jedyny plus, jaki był, tego, że miałam tak mały rozmiar, to był moment, kiedy ja wchodziłam do galerii. Ja po prostu nawet nie mierzyłam ciuchów, bo ja wiedziałam, że będą pasować. I z satysfakcją chodziłam, wybierałam te najmniejsze rozmiary.

To był tylko jedyny plus. Czy dziś możesz funkcjonować normalnie czy… musisz się ciągle pilnować? Wiesz co, powiem ci tak, że… przejście przez… najpierw przez ortoreksję, anoreksję i bulimię zostawia jakieś ślady w głowie człowieka, w psychice. I na dzień dzisiejszy ja się muszę pilnować. Niestety, ale… Wydaje mi się, że już będę musiała robić to do końca swojego życia. Cały czas prowadzisz fanpage. Masz kontakt z osobami, które mają podobne historie, podobne problemy z jedzeniem bądź z niejedzeniem. Czy te historie są podobne do twojej? Wiele historii jest podobnych do mojej. Jest też wiele historii dziewczyn, które jeszcze z tego nie wyszły, które gdzieś tam do mnie piszą, pytają o poradę. Szukają też wsparcia w mojej osobie.

Zdarzyła się też… taka historia… To nie jest łatwe. To była dziewczyna bardzo młoda, która chorowała najpierw na anoreksję, później na bulimię. I w pewnym momencie poszła spać i już się nie obudziła. Jej serce stanęło. Nie znałam tej dziewczyny, ja widziałam jej wpisy w internecie o tym, jak zmaga się z bulimią, z zaburzeniami odżywania. Po prostu jak przeczytałam, że ona odeszła, to pomyślałam sobie, że… „z tobą też mogło być tak samo”. Ja miałam taki moment, kiedy jak kładłam się spać, obudziłam się w nocy i ja myślałam, że po prostu ja się rano już nie obudzę. Serce mnie bolało, czułam się bardzo słabo.

I nawet był taki moment, że obudziłam męża i powiedziałam, że słuchaj, gdybym odeszła, to znajdź sobie kogoś tam innego, żebyś tylko nie był sam. I właśnie czytając historię tej dziewczyny, której już nie ma… pomyślałam o sobie. Ale nie tylko, bo pomyślałam też o dziewczynach, które… nadal walczą. I czasami jest tak, że one nie są rozumiane przez otoczenie.

No bo często jest tak, że… ktoś z bliskich mówi: „no ale czemu ty nie jesz?”, „no jedz”, „no zacznij jeść”. A nie jedzą, bo? A nie jedzą, bo… myślą, że mniejszy rozmiar da im szczęście. I im mniejszy rozmiar, tym większe szczęście w życiu. Dziękuję ci za rozmowę.